Koniec sierpnia, czyli czas planowanego już od roku
nurkowania na dno Hańczy po stoku. Zeszłoroczna próba nie
powiodła się z powodu braku czasu. Udało się nam wygospodarować
3 tygodnie jednak to było zbyt mało aby dobrze poznać głębsze
partie jeziora i wybrać optymalne zejście. Szukaliśmy miejsca w
którym dno opada dość stromo poniżej 70m co miało skrócić
dystans do przepłynięcia i czas na dużej głębokości. Ponieważ
ogólnie dostępna mapa jeziora pochodzi z 1932 roku i jak
zdążyliśmy się przekonać jest mało dokładna musieliśmy szukać
optymalnego miejsca sami. W tym celu wykonaliśmy kilkanaście
nurkowań powietrznych do głębokości 72m i kilka nurków z użyciem
tmx-ów do 90m. Gdy mieliśmy już ustalone miejsce i runtime
załamanie pogody pokrzyżowało nasze plany. Silny wiatr tak
bardzo utrudniał pływanie łodzią z lekkim silnikiem
elektrycznym, że zdecydowaliśmy zaczekać do poprawy pogody
jednak gdy ta nadeszła przyszedł czas na codzienne obowiązki i
musieliśmy odłożyć wszystko do kolejnego sezonu.
Tego roku wszystko szło wyjątkowo sprawnie. Znaliśmy już
miejsce, byliśmy opływani jako zespół więc postanowiliśmy
zrealizować nasz plan w trakcie dwóch nurkowań. Dzięki
zeszłorocznym nurkowaniom wiedzieliśmy już ile czasu
potrzebujemy na dojście do głębokości 90m i taki był cel
pierwszego nurkowania. Jak zawsze Miodzio zajął się stworzeniem
planu, a mi przypadało zrobić takie gazy jakie wymyślił.
Postanowiliśmy zabrać zestawy 2x15l z TMX dennym, stage 100cf z
TMX-em travel-deko oraz EAN 50 i tlen w stage 80cf. W
poniedziałek rano przyjechaliśmy do bazy nad Hańczą aby zrobić
gazy jednak okazało się, że mamy sporo więcej pracy gdyż łódź
bierze wodę i wymaga natychmiastowej naprawy. Tak więc do prac
blenderskich doszła jeszcze zabawa matą szklaną i żywicą
poliestrową. Cały dzień zabawy kleistą papką dał mizerny efekt i
naprawa była prowizoryczna, ale umożliwiła realizację planu
nurkowego w kolejnym dniu. Wtorek rano znów jesteśmy w bazie,
analizujemy gazy, składamy zabawki i ciągniemy to wszystko do
łodzi. Dzień był bardzo słoneczny a zarazem wietrzny, co
zapowiadało długi czas dopłynięcia dlatego też aby sie nie
przegrzewać przed wejściem do wody postanowiliśmy ubrać
skafandry już na miejscu. Pomysł był mało trafiony bo pół
godziny później mieliśmy w łodzi kilka cm wody. Nasza szybka
naprawa okazała się zbyt prowizoryczna i teraz szukaliśmy
suchego skrawka do ubrania się w ocieplacze. Klnąc na czym świat
stoi ubieraliśmy swoje zabawki. Dalej poszło już lekko, łatwo i
przyjemnie. Wskoczyliśmy do wody podpięliśmy stage, jeszcze
tylko kontrola i zaczęło się to na co czekaliśmy od roku. Plan
na dziś to zaporęczowanie jeziora do głębokości 90m z czasem
dojścia do max głębokości 17 minut. Ruszamy, do głębokości 45m
mamy formacje skalne więc zakładanie poręczówki idzie bardzo
sprawnie,w 6 minucie na 50m przechodzimy na gaz denny. Nie
zwalniając na chwilę robimy kontrolę partnerską wymieniamy
znaki, że wszystko OK i płyniemy dalej. Głębiej dno staje się
muliste i trudno znaleźć elementy do umocowania linki dlatego
też zabraliśmy ze sobą patyki które umieszczone były pod gumkami
stabilizującymi automaty butli bocznych. Tak więc jeden z nas
płynął z kołowrotkiem, a zadaniem partnera było przygotowanie
punktów do umocowania linki. Po 11 minutach byliśmy na 70m, tu
stok wyraźnie miał już mniejsze nachylenie i aby zejść kolejne
10m musieliśmy płynąć 2 minuty i jeszcze 3 do głębokości 91m.
Zostawiamy poręczówkę i wracamy oznaczoną już trasą. Na
głębokości 60m przechodzimy na gaz deko. Niestety mój automat
odmówił współpracy i zaczął podawać wodę. Pierwszy wdech i 1:0
dla apeksa zaskoczył mnie. Zakasłałem i nim zdążyłem wziąć
kolejny oddech Miodzio już pytał czy wszystko OK. Ten gest
przypomniał mi co znaczy dobry partner i przewagę nurkowania w
towarzystwie. Do głębokości 21m miałem teraz zabawę ponieważ
przy każdym wdechu wymuszałem przyciskiem dodawczym wypływ gazu
by swobodnie wziąć wdech. Po godzinie nurkowania zacząłem z
utęsknieniem patrzeć w górę z nadzieją, że na kolejnym
przystanku będzie trochę cieplej. Trzęsąc się z zimna
zrozumiałem dlaczego partner ma na sobie 6 warstw ubrań i 3 pary
rękawiczek. Przystanki na 6m,a później 3m to już był relaks. Co
prawda nadal trząsłem się z zimna jednak czułem jak z każdą
minutą jest mi cieplej. Po dwóch godzinach jesteśmy na
powierzchni, pakujemy sie na łódź i .... zaczynam planować
następne nurkowanie.
Kolejny dzień minął na wyliczaniu i zastanawianiu jak zabrać ze
sobą 7500l gazu dennego 3300l travel-deko blisko 3000l EAN50 i
2000l tlenu. Mieliśmy do przepłynięcia prawie 500m w jedną
stronę wiec ilość ciągniętych stage miała duże znaczenie. Po
ostatnim doświadczeniu wiedziałem też, że muszę zabrać
ogrzewanie :)
Czwartek rano pakujemy łódź i ruszamy. Tym razem ubrani w
skafandry szybko dopływamy na pozycję po wyjątkowo spokojnym
jeziorze. Wskakujemy do wody podpinamy stage i rozglądamy się za
poręczówką zostawioną na głębokości 3m. Nadpływamy nad linkę
doskonale widoczną na tle roślin. Sprawdzamy zabawki, wymieniamy
się OK-ejkami i ruszamy. Płyniemy wzdłuż poręczówki, na 6m
zostawiamy zapasowy tlen i po ściance szybko opadamy na 50 m.
Zmieniamy gaz na denny i po 11minutach byliśmy już na 90m gdzie
dwa dni wcześniej zakończyliśmy poręczowanie. Podniosłem
kołowrotek i ruszyliśmy głębiej rozwijając linkę. Kilkadziesiąt
metrów dalej głębokościomierze pokazały 100m, minęła dopiero 15
minuta więc mieliśmy jeszcze 4 minuty aby poszukać głębszego
miejsca. Szukać to odpowiednie słowo, gdyż na tej głębokości
nachylenie stoku jest tak małe, że ciężko to zauważyć. Linka na
kołowrotku skończyła się na 103m,a ponieważ minęła 17 minuta nie
było sensu mocowania kolejnego kołowrotka. Spojrzeliśmy na
siebie i jednocześnie pokazaliśmy znak do odwrotu. Płynąc
rozglądaliśmy się w poszukiwaniu czegoś ciekawego na mulistym
dnie. Jednak poza drzewem na 87m nic interesującego nie
zauważyliśmy. Wynurzenie i deko przebiegło książkowo i nic
ciekawego się nie działo. Dzięki ogrzewaniu głębokie przystanki
nie ciągnęły się w nieskończoność, a zimno nie odbierało ochoty
na podziwianie ścianek. Wynurzyliśmy się po 132 minutach. Nie
wyjmując z ust automatów od tlenu podpłynęliśmy do siebie
przybić piątkę. Przez następne kilkanaście minut leniuchowaliśmy
na powierzchni po czym spokojnie pozbyliśmy się butli bocznych i
twinów. Pół godziny później zapakowaliśmy sprzęt i ruszyliśmy do
domu. Płynąc już łodzią zabraliśmy poręczówkę. Teraz
zastanawiamy się na stały zaporęczowaniem tego miejsca
doskonałego do ćwiczeń i prowadzenia szkoleń w zakresie TMX.
Będzie też okazja zrobić kolejnego nurka:).
Robert Kalchert #667
PSAI Explorer Trimix Instruktor- 100m
PSAI Gas Blender Instructor